Tomek

Człowiek, który postanowił, że stanie się połową człowieka i jest w pół drogi.

 

WSTĘP

W niedzielę rano obudziłem się z wypiekami na twarzy wysmaganej wiatrem i tak samo podekscytowany jak wtedy kiedy budzę się po kolejnym ultra. Ale tym razem było inaczej. Nie miałem zakwasów. Choć na wszelki wypadek poruszałem się powoli jakbym miał rozruszać moje urojone zmęczenie. Naprawdę nic mnie nie bolało bo ja po prostu nie biegłem tego biegu. Byłem na trasie, supportowałem go i choć pokonałem najwięcej bo 140 km to ani jednego na własnych nogach.


Jest taki element konstrukcyjny książek o bieganiu, że zaczynają się one w samym środku akcji, w jej przełomowym momencie. Dean Karnazes na pierwszych stronach Ultramaranończyka zamawiał pizzę przez telefon podając dostawcy miejsce gdzie prawdopodobnie będzie, kiedy ten wyjmie ją z pieca. Także Chrissie Wellington czy Scott Jurek na dzień dobry wpuszczają nas w sam środek akcji by nagle ją przerwać i powrócić do samych fundamentów i opowiedzieć jak właściwie się tam znaleźli. Ostatnio nawet Dominik zastosował ten zabieg opisując Niepokornego Mnicha.

Nie będę łamał tego sprawdzonego schematu...


Kiedy rok temu Michał, Dominik, Jarek i ja biegliśmy w czwórkę pętlę dookoła Trójmiasta mieliśmy w głowach marzenie, że kiedyś biegacze z różnych części Polski przyjadą do nas aby wspólnie przebiec 80 kilometrów. A my pokażemy, że w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym można się naprawdę zmęczyć na podbiegach o ile w ogóle można je podbiec. Pokażemy jak pięknie wygląda zatoka z perspektywy orłowskiego klifu, ile ukojenia daje krótki odpoczynek na molo w Sopocie kiedy w nogach ponad 60 kilometrów. I przede wszystkim jakie to uczucie biec wieczorem przy Motławie, minąć Żurawia, potem skręcić w Zieloną Bramę i ulicę Długą i wyciskać z wycieńczonych nóg kilka ostatnich kroków. Kroków jakże innych, od tych stawianych w tym samym miejscu 12 godzin wcześniej.

Wyżne Rużbachy. Kilka dni przed startem widziałem piękne zdjęcie z tej miejscowości. Na trawie przed pałacem stojącym na wapiennej skale stały dumnie dwa białe konie. Wyglądało magicznie. W sobotę w tym samym miejscu straciłem nadzieję. 64 kilometr trasy Niepokornego Mnicha. Do mety jeszcze 32. 18 minut spóźnienia na przedostatnim punkcie kontrolnym i koniec marzeń.

Zrobiłem tylko jedno jedyne zdjęcie w trakcie tego biegu. Pierwsze i ostatnie. Ze wspomnianym pałacem w tle, ale zamiast białych koni otaczała mnie 12-tka poranionych psychicznie i fizycznie biegaczy. To najsmutniejsza chwila w całej mojej biegowej historii.


Bieganie długich dystansów, takich powyżej 42 km niesie ze sobą różnego rodzaju przekłamania czasoprzestrzeni. Czasami prom, który miał odpłynąć o 12-tej z Helu do Gdańska okazuje się promem, który odpływa o 18-tej i do tego do Sopotu. W opisanym przypadku czasoprzestrzeń zakrzywiła się negatywnie a bodźcem do takiego zachowania była nasza 100 kilometrowa wyprawa na Hel.

Czuję się niemal w dziennikarskim obowiązku opisać naszą drogę na Hel w formie faktów, zdarzeń, które działy się kilometr po kilometrze. Jeżeli tego nie zrobię, pewnie ulecą w niebyt, zostaną zastąpione w mojej głowie tysiącem przyjemniejszych rzeczy niż zajeżdzanie swojego ciała przez kilkanaście godzin w fatalnej pogodzie.

META! - 80 km za nami.

Tricity Ultra to bieg dookoła Trójmiasta: Gdańska, Sopotu i Gdyni. Bieg, który pokazuje, że mamy na północy niepowtarzalne tereny. Z jednej strony ponad 100-metrowe wzgórza w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Biegnąc po nich można bez problemu zrobić przewyższenia kwalifikujące bieg jako stricte górski. Kolejny element to klify - żaden bieg górski w Polsce nie może pochwalić się krajobrazem z morzem aż po horyzont. Miejsca historyczne: Gdańskie Stare Miasto z Neptunem i ulicą Długą, Stocznię Gdańską - kolebkę Solidarności, ORP Błyskawicę - w Gdyni. Trójmiasto to także Sopot - kurort tętniący życiem o każdej porze dnia i nocy z najsłynniejszym w Polsce molo. 

Relacja z biegu TRICITY ULTRA 80 KM 

Zacznijmy od tego, czym ten bieg miał być w zamierzeniach. To znaczy, jak wyobrażaliśmy go sobie w trakcie rozmów na naszych niedzielnych wycieczkach biegowych, albo wieczorami przez net, snując plany, co fajnego można by zrobić, jak połączyć elementy puzzli naszych wycieczek po trójmieście i okolicach w jedną zgrabną całość.

Od ostatnich wakacji, kiedy to Dominik wystartował w Pierwszym Cross Maratonie Człowieka, który się wkręcił, w kółko nam powtarzał, że mimo tego, że mieszkamy nad morzem - możemy biegać po górach. Ok ok, spoko spoko, pewnie jakieś normalne pagórki. Przecież nie raz biegaliśmy doliną radości w TPK i owszem, było troszkę pagórkowato, ale górami w życiu bym tego nie nazwał.

Biorąc pod uwagę zaaranżowanie fragmentu trasy TriCityUltra właśnie najtrudniejszym szlakiem TPK wypadało go w końcu przebiec całą ekipą i sprawdzić jakie naprawdę są te pagórki.

Zacznę klasycznie od cytatu:

"Panowie - jako szanujący się ultras powinniśmy przynajmniej raz w miesiącu maraton biec, a w czasie wielkanocnym bułeczki kukurydziane z rodzynkami przyjmować. Proponuję w przyszłym tygodniu jakoś wcześnie rano wyruszyć na taką trasę"  

Dominik
 



Taką propozycję skierowaną do ekipy tricityultra.pl przeczytaliśmy trzy tygodnie temu. Wstępnie ustaliliśmy pierwszy weekend marca jako dzień startu, zaś nad trasą deliberowaliśmy trochę dłużej. Rozważaliśmy opcję jak powyżej, z dobiegnięciem do morza na wyspie Sobieszewskiej i powrót z przystankiem w Greenwayu na starówce, oraz alternatywną trasę z obiegnięciem całej wyspy i powrót autobusem. W obu przypadkach trasa miała oscylować pomiędzy 42 a 50 km. Więcej niż maraton, mniej niż podstawowe ultra, co jednemu z nas  nie do końca się podobało :)

Strona 1 z 2