WSTĘP

W niedzielę rano obudziłem się z wypiekami na twarzy wysmaganej wiatrem i tak samo podekscytowany jak wtedy kiedy budzę się po kolejnym ultra. Ale tym razem było inaczej. Nie miałem zakwasów. Choć na wszelki wypadek poruszałem się powoli jakbym miał rozruszać moje urojone zmęczenie. Naprawdę nic mnie nie bolało bo ja po prostu nie biegłem tego biegu. Byłem na trasie, supportowałem go i choć pokonałem najwięcej bo 140 km to ani jednego na własnych nogach.

Podział ról nastąpił na słynnym spotkaniu tydzień przed biegiem w pizzerii na Kowalach. W uszach cały czas miałem słowa Krzyśka Gajdzinskiego z Łemkowyny: jeżeli chcecie robić bieg dla innych - sami będziecie musieli przestać go biegać. 

Na listę startową właśnie zapisała się 50-ta osoba. Nie było odwrotu. Podzieliliśmy role. Dominik miał biec przodem, wyżyć się po dość zachowawczej 150-tce w Beskidzie. Staszek i jego socjalne umiejętności motywowania doskonale nadawały się na koniec stawki, tak aby nikt nie myślał o zejściu z trasy. Michał i ja mieliśmy zarządzać mobilnym punktem organizacyjnym, kibicować, karmić, poić i wozić 30 worków z przepakami. Jeżeli ktoś z biegnących miał jakieś życzenie - także je spełniać. Oraz dostarczyć zimnego Lecha na 50 kilometr.

RELACJA

W sobotę, kilka minut przed 6:30 zjawiliśmy się przy Złotej Bramie w Gdańsku. Jeżeli kiedykolwiek wydawało się komuś, że 30 minut wystarczy aby sprawnie rozdać naszywki i wymienić po kilka zdań z każdym, kto zjawił się w ten wcale nie tak chłodny poranek, ten jest w błędzie. Dla mnie to było najszybsze pół godziny tego biegu. Naszywki, agrafki, lista startowa, worki z przepakami na tylne siedzenie... i już trzeba było lecieć pod Neptuna skąd oficjalnie nastąpić miał start.
 
 

Jeżeli ktoś chciałby zamiast czytać zobaczyć co było dalej, może obejrzeć poniższy film.
 
https://youtu.be/RO7e000_zaI
 
 
 
Wystartowaliśmy punktualnie o 7-mej. Zegar na wieży nie przestał jeszcze bić a 30 śmiałków pomknęło w 80-kilometrową przygodę.

My z Michałem także. Do samochodu. Tam było zdecydowanie cieplej. Poczułem się trochę jak amerykańscy policjanci. Pojechaliśmy na stację benzynową kupić kawę i donuta.


Ledwo udało mi się wypić pół kawy a zobaczyłem, że ktoś zawodników wrzuca fotę na FB z Góry Gradowej! To przecież 300 metrów od parkingu, na którym się posilaliśmy! Zdążyliśmy wyskoczyć z samochodu i po raz pierwszy na trasie pokibicować dziewczynie i chłopakom.
 
 
 
 
 
 
 

Zdążyli przebiec, a my przejechaliśmy pod szpital parę kilometrów dalej aby dokończyć ciastka w ciepłym aucie... NAGLE zaczęły szczekać psy. Mówię do Michała:

- "Ej, one tak bez sensu nie szczekają, pewnie nasi tam biegną". 
- "Niemożliwe" - odpowiedział i zagłębił zęby w muffince

Ale to ja miałem rację. Znów musiałem wyjść z ciepłego i krzyczeć "brawo!".

Sytuacja powtórzyła się na Jaśkowej Dolinie, w Matemblewie oraz na Słowackiego. Oni ciągle dobiegali zaraz po tym jak my przyjeżdżaliśmy! Jak życ? Jak dokończyć w spokoju ciastka?

Na dłuższą chwilę spokoju liczyliśmy w Oliwie. Tam miał być (na 20 km trasy) zorganizowany pierwszy punkt żywieniowy. Niestety trochę zasiedzieliśmy się w MacDonaldzie i znów była nerwówka. Zajechaliśmy w las na zielony szlak najdalej jak to było dozwolone samochodem i zaczęliśmy rozkładać zielony stolik, a na nim muffinki, bułki z serem/szynką, wodę i colę.


Ledwo Michał zdążył w spokoju konsumować pierwszą bułeczkę... z lasu wypadło jakieś stado ultrasów i zaburzyli porządek naszej stolikowej kompozycji... Ech, zawsze wiedziałem, że ultrasy to zwierzęta. Zjedli, wypili i pobiegli na Pachołek.


Kolejny punkt był jednym z najbardziej męczących tego dnia. Na schodach w Sopocie czekaliśmy na nich dobre 40 minut!! Czasami zza drzew wychylało się słońce, ale zasadniczo było zimno. Nie było to miłe doświadczenie, choć w trosce o nasze samopoczucie Marta i Jaromir umilili nam czas pokazem biegania do tyłu. A wiecie jaka Marta? Marta DFBG Ultra Trail 68km - 1 miejsce, Noraf Trail - 1 miejsce, Łemkowyna Ultra Trail - 1 miejsce. Nawet ładnie biegała do tyłu...  Niestety oni też się nie doczekali na ultrasów w rozsądnym czasie. Marzliśmy z Michałem jeszcze z 10 minut sami...


Po punkcie w Sopocie udaliśmy się do Gdyni. Ustawiliśmy stolik pod lasem. Uzupełniliśmy go bananami, precelkami, ponownie bułkami i drożdżówką Michała. Gniótł ją pół godziny poprzedniej nocy, ale zasnął przy piekarniku ;)

 

Patrząc jak znikają nasze kolejne zapasy stwierdziliśmy, że jedziemy z Michałem do Green Waya. W końcu tradycja musi być dopełniona i na każdym biegu TCU trzeba zaliczyć wegetariański ciepły obiadek. Po posiłku ledwie wtoczyliśmy się do samochodu a już trzeba było jechać pod Błyskawicę zrobić zdjęcie.
 
 
 
 
 
 
 
 
Dobry humor i pełne brzuszki. Za chwilę będzie 50 km biegu. Za chwilę po raz pierwszy w tym listopadzie zostaniemy ultrasami :)


Tuż przed wejściem na klify postanowiliśmy wydać z bagażnika ostatnie resztki. Trochę nakruszyli, trochę narozlewali, ale generalnie dobrze, że zjedli tę twardszą część Michała drożdżówki. Mogliśmy w spokoju wypuścić ich na klify a samemu udać się do Sopotu. 
 
 
Generalne w Sopocie grupa rozjechała się już na tyle, że ... zgubiliśmy ich pierwszą część. Zanim wysiedliśmy z auta przemknęła już 10-tka biegaczy. My w tym czasie siedzieliśmy w samochodzie i słuchaliśmy po raz 10-ty tego dnia Rattle That Lock - Davida Gilmoura.

Ostatnie 15 km tej trasy to już tylko i wyłącznie łatanie dziur, odbieranie telefonów, orientowanie się gdzie kto jest, jeżdżenie tam i z powrotem dostarczając cole, środki przeciwbólowe, wafelki i cokolwiek jeszcze zostało i kto czego potrzebował. Nie udało się rozstawić zielonego stolika na Hallera, bo w tym czasie cześć grupy była już przy PGE Arenie, a inna jeszcze nie zeszła z promenady nadmorskiej. Po krótkim "lotnym" przepaku przy Amber Expo (wprost z otwartego bagażnika) pojechaliśmy prosto na metę.

Brawa dostał każdy. Kwiaty każda kobieta, która skończyła IV edycję biegu Tricity Ultra. A dodam, że tym razem skończyło 100% kobiet, które stanęły z nami na starcie.




Dlaczego udany rewanż Pelplińskiego?

W Gdyni, w czasie fotek przy Błyskawicy zawarłem z Piotrem Pelplińskim deal. Jeżeli on dobiegnie do mety (bo strasznie marudził, że mu się nie chce, bo w Sopocie będzie przebiegał przy domu) tak właśnie zatytułuję ten wpis. Pełna historia jest trochę dłuższa... Rok temu Piotr jako pierwsza osoba z Trójmiasta przebiegł 150 km na Łemkowyna Ultra Trail. Stasiu zaklinał się, że w tym roku pobije jego czas. I zrobił to. Tricity Ultra to pierwszy wspólny bieg od tego czasu Piotra i Stasia. Tym razem górą był Piotr ;)
 
EPILOG NA POWAŻNIE
 
Jestem cholernie szczęśliwy, że robimy coś tak fajnego. Nie jest to oficjalny bieg, ale poza możliwością ścigania się po oznaczonej trasie niewiele się już różni. Wiosną postaramy się aby puntky żywieniowe były jeszcze bardziej urozmaicone (dostałem już dosłownie kilkanaście zgłoszeń od osób, które biegły, że chętnie sami coś upieką, przyniosą coś do picia). Raczej będą też dwie lotne ekipy z przepakami, bo końcówka biegu trochę nam się rozjechała logistycznie. Może nawet znajdzie się jakiś sponsor, który zafunduje np. koszulki, a jeśli nie to pozostaniemy przy naszywkach (one będą na pewno, mamy już projekt na wiosnę :)) Jedno jest pewne - to dalej będzie darmowy bieg. Robiony przez biegaczy dla biegaczy. Dziękujemy wszystkim, którzy z nami biegliście. Straszzzzznie fajnie jest usłyszeć, że dla kilkoro z Was to było pierwsze ultra. Straszzzzzzznie fajnie jest widzieć te same twarze na kolejnych biegach. I straszzzzzznie fajnie będzie znów Was zobaczyć wiosną. 

 
Relacje z pozostałych edycji
Ostatnio zmieniany piątek, 27 listopad 2015 10:11

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.