Jest taki element konstrukcyjny książek o bieganiu, że zaczynają się one w samym środku akcji, w jej przełomowym momencie. Dean Karnazes na pierwszych stronach Ultramaranończyka zamawiał pizzę przez telefon podając dostawcy miejsce gdzie prawdopodobnie będzie, kiedy ten wyjmie ją z pieca. Także Chrissie Wellington czy Scott Jurek na dzień dobry wpuszczają nas w sam środek akcji by nagle ją przerwać i powrócić do samych fundamentów i opowiedzieć jak właściwie się tam znaleźli. Ostatnio nawet Dominik zastosował ten zabieg opisując Niepokornego Mnicha.

Nie będę łamał tego sprawdzonego schematu...

Władysławowo, godzina 2:44, 111 km biegu



Jesteśmy na Statoilu we Władysławowie. Robię powyższe zdjęcie. Jeszcze chwilę temu byłem strasznie zziębnięty. Jest może 7-8 stopni na zewnątrz. Piję czarną kawę z poczwórnym cukrem. Zamawiam hot-doga ale nie jestem w stanie go ugryźć. Przestaję słyszeć co mówią chłopaki. Nie, nie chodzi o to, że jestem rozkojarzony i zmęczony. Po prostu w uszach mam głośny jednostajny pisk. Pole widzenia zawęża się z każdą sekundą. Widzę wyłącznie przedmioty dokładnie na wprost przede mną. Dookoła oczu kłębią się brązowo-ciemne obłoki. Uświadamiam sobie, że znam ten stan... Jeżeli nic nie zrobię, za jakieś 15 sekund padnę jak długi na podłogę. Mdleję. Wyłączają mi się kaskadowo systemy jeden za drugim... Biegnę do toalety i wkładam głowę pod kran. Siadam na kiblu i opieram się o ścianę. Oddycham głęboko. Nic nie pomaga. Czuję jak zalewa mnie pot. Wybiegam przed stację benzynową i rozbieram się do koszulki. Siadam na krawężniku i głęboko oddycham. Kilka sekund później czuję gigantyczny głód na cukier. Zjadam 4 marsy jeden po drugim i zagryzam batonem zbożowym. Mija kilka minut. Ubieram się i mówię chłopakom, że będę powoli szedł do przodu, że za kilka minut mnie dojdą. Ale mylę drogę i idę w złym kierunku, wpadam w jakieś krzaki i zastanawiam się przez chwilę gdzie jestem. Uszedłem może z 20 kroków. Marsy zaczynają działać. Biorę jeszcze kilka oddechów i czuję się jak nowo narodzony. Znów jesteśmy we czwórkę. Wraca mi humor, wręcz eksplozja humoru. Zaczynamy biec. Do Helu mamy 30 km. Jestem pewny, że tam dotrzemy. Nie ma innej opcji. Przełamałem największy kryzys jaki kiedykolwiek mnie chwycił. Byłem o milimetry od omdlenia. Teraz wiem, że ZAWSZE muszę mieć awaryjnego marsa w plecaku, kiedy wybieram się na  >100 km.

Kiedyś, gdzieś...




- Co robimy w Noc Świętojańską? - zapytał ktoś z nas kilka miesięcy temu. Propozycji było kilka: 147ultra Szczecin-Kołobrzeg, bieg do Pelplina i powrót wzdłuż Wisły, albo szlak Skarszewski. Jednak wśród wszystkich propozycji była też ta, która miała raz na zawsze wytrącić Stasiowi argument marudy, który włączył się mu rok temu, kiedy biegnąc na Hel - dobiegliśmy tylko do Jastarni. Wtedy nie starczyło nam czasu do ostatniego promu i musieliśmy wycofać się po 100 km. Nikt nie lubi pozostawiać nierozliczonych biznesów. W szczególności nie lubi tego Stasiu.

- OK, biegniemy na Hel, ale skąd? - zapytał ktoś inny. Zahaczając o bieg Świętojański zwyczajnie nam się nie chciało. Poza tym chcieliśmy biec dzień i noc, a nie noc i dzień. Trzeba było po prostu wybrać miejsce startu i odpowiednio wytyczyć ~140 kilometrową trasę.

- Może pobiegniemy z Nieba na Hel? Kilka sekund z google maps i okazuje się, że Niebo jest w naszym województwie! Nieopodal Wieżycy. Jeżeli poprowadzimy linię z Nieba do morza, a potem linią brzegu na skraj półwyspu dostaniemy dokładnie 140 kilometrów. O to nam chodziło!


Kolano, godzina 8:50, 0 km biegu

"Tak naprawdę nie ma ciemnej strony księżyca - tam jest po prostu ciemno" - tymi słowami kończy się Dark Side of the Moon - Pink Floyd. Ja mógłbym sparafrazować to zdanie mówiąc: "Tak naprawdę nie ma Nieba - to tylko dzielnica Kolana bez własnej tabliczki".

Na mapach google Niebo jest. W rzeczywistości w tym miejscu jest Kolano, Niebo to dzielnica, która nie ma swojej tabliczki. Kolano dla biegacza też sporo znaczy, więc niech będzie. Ruszyliśmy z Kolana.

Dzień wcześniej spakowałem do plecaka dwie koszulki i kurtkę przeciwdeszczową. Do tego jedną kanapkę, kilka batonów, bukłak do pełna pół na pół izo+woda, komórkę i powerbank, czołówkę, 110 PLN oraz zestaw "ratowniczy" czyli folia NRC + podstawową apteczkę. W sobotę rano na start zawiozła nas Ewa (żona Michała - tak tak... niestety nasz boysband jest w komplecie zajęty).

Moim głównym celem było nie biec szybciej niż 7:30 min/km. Chłopaków strasznie to denerwowało, ale wychodząc z założenia, że o takie tempo za 20 godzin będę się modlił po prostu fizycznie nie pozwoliłem im biec szybciej. Za fraki i do tyłu. Chociaż czasami w chwilach beztroski słyszałem jak endomondo z plecaka rozpoczyna swoje przemówienie informując mnie, że tempo jest na "szóstkę" z przodu. W trakcie całego biegu najszybszy kilometr miał tempo zaledwie 5:45. Jednak w tym biegu prędkość była ostatnią rzeczą o jaką nam chodziło. Tutaj celem było przetrwać, dotrzeć i czuć się dobrze. Nikt z nas nie biegł wcześniej więcej niż 100 km. Nikt z nas tak naprawdę nie wiedział jaki rodzaj załamania może nas dotknąć po ponad 20 godzinach biegu.

Pierwszy maraton, godzina 9:00-15:00, 0-44 km biegu (Kolano-Luzino)



Pierwszy maraton był po prostu zwyczajnym, bardzo wolnym pierwszym maratonem. Chłonęliśmy przepiękne kaszubskie krajobrazy. Wcześniej patrząc na mapę bałem się, ze sporo będziemy ciąć asfaltem, ale Stasiu, który ustawiał detale trasy powybierał fantastyczne boczne drogi po totalnie zapomnianych wsiach, gdzie rolnik idący ze strachem na wróble na plecach wygląda jak postać na inscenizacji drogi krzyżowej. Pola truskawek, pola lawendy, kolory lata, na niebie kłębią się chmury chwilami zasłaniając słońce. Cały czas gdzieś pada w okolicy - ale nie na nas. Lawirujemy po mokrych ścieżkach i spijamy zapach po deszczu. Zatrzymujemy się tylko na chwile aby obejrzeć kurhany w miejscowości Linia.


Na 44 kilometrze znajdujemy jedyną czynną pizzerię w Luzinie i pałaszujemy każdy po całej pizzy. Wcześniej w sklepiku obok uzupełniamy zapasy i po łącznie niemal godzinnym postoju jesteśmy gotowi na kolejny etap trasy.

Drugi maraton, godzina 16:00-22:00, 44-84 km biegu (Luzino-Dębki)



Druga czterdziestka tak naprawdę niewiele różniła się od pierwszej. Może byliśmy trochę bardziej zmęczeni, ale przy tak spokojnym tempie zmęczenie objawiało się tylko uczuciem zbitych nóg. Na 10 km przed jeziorem Żarnowieckim złapał nas deszcz. To w końcu musiało się stać, lecz tym razem byliśmy na to przygotowani. Powiem nawet, że gdyby w trakcie tego biegu nie spadła na nas ani jedna kropla - byłbym zawiedziony. Padało niecałą godzinę, ale zamiast chować się pod daszkami jak rok temu, tym razem spokojnie truchtaliśmy do przodu. Kurtka przeciwdeszczowa jest jednak ważna :)


Mniej więcej w okolicach 70 kilometra złapał mnie jednak straszny kryzys emocjonalny. Dopadło mnie to drugi raz w życiu. Wszystko było w porządku, nic mnie nie bolało, miałem dość sił aby biec, ale w głowie coś mi mówiło, że jestem idiotą, że powinienem siedzieć w domu i bawić się z dzieciakami. Kiedy prehistoryczni mężczyźni polowali - ich bieganie i długie godziny poza domem miały sens, bo wracali z antylopą przerzuconą przez plecy. Ja zacząłem doświadczać totalnej bezcelowości swojego biegania w tamtym momencie. Kryzys był tak potężny, że musiałem po prostu wyciągnąć z plecaka telefon i zadzwonić do domu by zapytać czy wszystko w porządku i w pewnym sensie przeprosić za moje skrajnie egoistyczne i bezcelowe zachowanie jakim było wybiegniecie sobie na weekend z kolegami. Rozgrzeszenie od żony czyni cuda. W domu wszystko w porządku. Dzieciaki kładły się spać, a kiedy się obudzą - ja już będę jechał do nich z Helu. Uświadomienie sobie, że praktycznie nic innego lepszego nie mogę zrobić niż szybko pobiec na ten Hel i wrócić całkowicie wyleczyło mi głowę z wątpliwości.

Kolejne kilometry biegliśmy wałem wzdłuż północnego brzegu jeziora Żarnowieckiego. Było po 21-szej ale zrobiło się dość ciepło. Nadstawiałem policzki w kierunku zachodniego słońca i biegłem w stronę Dębek - naszego ostatniego przystanku przed zapadnięciem zmroku. Czułem się szczęśliwy.

Trzeci maraton, godzina 23:00-03:00, 84-111 km biegu (Dębki-Władysławowo)




Ten "trzeci maraton" nie ma nawet 30 kilometrów, ale w nogach i głowie miał destrukcyjną siłę dwóch maratonów. Choć zaczęło się bardzo przyjemnie. W Dębkach posililiśmy się w sklepie spożywczym i budce z zapiekankami. Wyjęliśmy czołówki, chusty na głowę i co kto miał ciepłego by ruszyć w ciemność lasu w kierunku Karwii. Zatrzymaliśmy się na chwilę aby przyjrzeć się łunie na horyzoncie. Kilka osób gdzieniegdzie na brzegu morza siedziało z wędkami. Magiczny moment. Karwieńskie Błota Drugie - spędzałem tutaj weekend majowy 4 lata temu, wtedy jeszcze w najbardziej odważnych snach nie marzyło mi się, że za cztery lata będzie tutaj mój przystanek na 140 kilometrowej trasie pokonywanej biegiem.

Wszystko co magiczne musi trwać krótko. Po kilku kilometrach leśna trasa zamieniła się w asfalt z chodnikiem, a jeszcze później w asfalt bez chodnika. W Jastrzębiej Górze odbywały się pierwsze letnie dyskoteki w tym roku. Włączyliśmy wszystkie światełka jakie mieliśmy, łącznie z pulsującymi lampkami: białe na przodzie i czerwone na tyle. Ale nijak nie poprawiało to dyskomfortu poruszania się przy ulicy, którą mknie dyskotekowa młodzież swoimi Volkswagenami z prędkością grubo ponad 100 km/h. Oby do Władysławowa... tylko o tym myśleliśmy. W hałasie przejeżdżających samochodów ciężko było nawet rozmawiać. Poza tym biegliśmy gęsiego. W milczeniu. Chyba wtedy przestałem zwracać uwagę na to czy wystarczająco jem. Drożdżówka i szklanka maślanki w Dębkach to chyba za mało na kilka godzin w nocy. Mimo, że ciągle staraliśmy się głównie biec - niewielkie wzniesienia na trasie urastały do rangi gór, na które trzeba się niemal wspinać. Setny kilometr pokonaliśmy bez zbytniego entuzjazmu. Tak daleko nie był nikt z nas, ale patrząc na chłopaków widziałem, że każdy z nich marzy o ogrzaniu się w ciepłym wnętrzu Statoila we Władysławowie. Ja marzyłem o kawie. Na co dzień piję czarną bez cukru, ale tym razem miał to być raczej cukier z kawą...

Władysławowo, godzina 2:44, 111 km biegu


Aromat kawy miał pozostać ze mną przez kolejne 30 kilometrów. W prologu opisałem, że niewiele brakowało, a pochowali by mnie razem z tym aromatem na wydmach za stacją. Ten kryzys przyszedł całkowicie niepodziewanie. Bo nie byłem wykończony, a jedynie zmęczony monotonią ostatnich kilometrów biegu. Upadłem i powstałem. Ale przestałem sobie ufać. To był 111 kilometr. Pozostało 30.

Trzeci i pół maraton, godzina 3:00-10:00, 111-144 km biegu (Władysławowo-Hel)



Wybiegając z Władysławowa przypomniałem sobie słowa jednego z rozdziałówSzczęśliwi Biegają Ultra, że trzeba czekać na świt, nigdy nie poddawać się tuż przed nim, bo biegacze są jak leśne zwierzęta, w które wstępuje nowe życie, gdy ich sierść zostaje pogłaskana przez promienie wschodzącego słońca. Byliśmy już blisko pierwszych promieni. Dodatkowo pamiętałem jak bardzo rok temu męczyłem się na tej trasie, choć wtedy mieliśmy 30 km w nogach mniej. Jak kilometry mijały mozolnie, jak dłużyło się do Chałup. Tym razem szło sprawnie. Nastał świt i dał nam siłę na jeszcze jedno w miarę spokojne 10 km. Ale wszystko zaczęło psuć się tuż przed Kuźnicą na 125 kilometrze trasy. Zaczęliśmy się  powoli rozsypywać. Nie było mowy o wspólnych 3 kilometrowych interwałach ciągłego biegu. Byliśmy jak samochód z zatartym silnikiem, jadący na oparach benzyny i z karoserią jak po najechaniu na minę przeciwpancerną. Każde z czterech kół pracowało w innym rytmie. Jedno z nich postanowiło nawet na chwilę pospać na środku betonowego chodnika. Zaświtał nam przed oczami koszmar zeszłego roku, kiedy zatrzymaliśmy się w Jastarni 13 km przed Helem.

Z odrętwienia wyrwał nas Stasiu, który z pozycji leżącej-niekomunikatywnej postraszony, że zaraz wsadzimy go w autobus uciekł nam nagle i krzyknął, że poczeka na nas na Helu. Znaleźliśmy go potem śpiącego na ławce w Juracie, ale jego brawurowa ucieczka przełamała jakikolwiek kryzys i myślenie o poddaniu się bez dotarcia do mety. Choćby nas miała wyprzedzić kobieta z zakupami - doczłapiemy się na Hel. Na czworaka, ale damy radę!

Zostało 15 kilometrów. Każdy z nas pokonywał je we własnym rytmie. Na półwyspie helskim naprawdę ciężko się zgubić. Jeden podbiegał, drugi szedł, trzeci spał, a czwarty jadł czereśnie. Znaku z napisem HEL nie było za żadnym z zakrętów. I tak w nieskończoność. Zakręt i ... zakręt i ... zakręt i ... zakręt i ... zakręt!

Kiedy wreszcie wyłonił się zza 666-tego zakrętu wiedziałem dlaczego to miasto nazywa się Hel. Nie miałem ochoty na nic. Nie miałem ochoty na piwo. Po prostu położyłem się obok Dominika, który już tam leżał. Leżeliśmy w mrowisku ale nie mieliśmy chęci zmienić miejsca. Rozmawialiśmy tylko ze sobą o mrówkach. O patrz! Ale mrówka po mnie łazi! Chwilę później dotarli Stasiu i Michał. Amen. Nie musimy już tutaj wracać!


Na koniec podziękowania:
  • dla Ewy, że nas przywiozła do Kolana
  • dla naszych żon i dzieci, że dzielnie znoszą nasze polowania i powroty bez zwierzyny
  • dla chłopaków, co w Rio to w Rio
  • dla Pana ze stacji Statoil we Władysławowie, że pożyczył swoje krzesło i nas nie wyrzucił ze Stacji
  • i specjalne DLA WSZYSTKICH, którzy kibicowali i wirtualnie dopingowali nas na trasie - skłamiemy, jak powiemy, że nie zwracaliśmy uwagi na lajki :)
I przeprosiny:
  • dla pasażerów busika Hel-Gdynia o godz 11:03. Sorry, wiemy jak od nas waliło, ale co zrobić?

Media

Ostatnio zmieniany sobota, 27 czerwiec 2015 20:43

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.